Policja

Dziennik tłumacza #4: Kredyt, który kosztował 2000 euro

Robert potrzebował 7500 euro i znalazł w internecie idealną ofertę kredytu. Trzy przelewy później firma zniknęła, a on stał przy policyjnej recepcji z plikiem wydruków i jednym pytaniem, na które sam nie umiał odpowiedzieć.

11 października 20262 min czytaniaAutor: Marcin Kowalski
Dziennik tłumacza #4: Kredyt, który kosztował 2000 euro

Czwartek, kilka minut po trzeciej. Telefon, pół godziny, policja. Policjant od razu uprzedza, że to nie przesłuchanie. Przy recepcji stoi pan, który chce coś zgłosić.

Pan nazywa się Robert. Czterdzieści dwa lata, od pięciu lat w Holandii. Mówi szybko i trochę się plącze, jakby wstydził się tego, co za chwilę powie.
„Chyba dałem się oszukać.”

Policjant prosi, żeby opowiedział wszystko po kolei. Tłumaczę zdanie po zdaniu.

Dwa tygodnie temu Robert potrzebował gotówki. Szukał w internecie szybkiego kredytu i trafił na firmę, która pożyczała „w całej Europie”. Ładna strona, niskie oprocentowanie, opinie klientów z Niemiec, Francji i Polski. Chciał siedem i pół tysiąca euro.

Wypełnił wniosek: adres, telefon, mail, numer konta. Na koniec zdjęcie dowodu osobistego, „do weryfikacji”. Następnego dnia przyszedł mail. Wniosek wstępnie przyjęty, tylko trzeba wpłacić 250 euro za sprawdzenie. Wpłacił. Dzień później kolejny mail: 1500 euro za „ubezpieczenie kredytu”. Też wpłacił. Potem jeszcze raz 250 euro, bo pierwsza wpłata „nie doszła”, a na decyzję jest tylko doba.

Po trzeciej wpłacie firma przestała odpisywać.

Robert kładzie na ladzie plik wydruków. Policjant przegląda je przez chwilę, potem zadaje pytanie, które słyszę w takich sprawach prawie zawsze:
„Nie zdziwiło Pana, że to Pan wysyła pieniądze firmie, która miała pożyczyć je Panu?”

Tłumaczę. Robert milczy, potem odpowiada cicho:
„Tak bardzo potrzebowałem tych pieniędzy, że nie chciałem tego widzieć.”

Bank już mu powiedział, że sam zrobił przelewy i bez zgłoszenia na policję nic nie zrobią. A ponieważ pieniądze poszły za granicę, szanse są małe. Policjant tłumaczy, że oficjalne zgłoszenie trzeba złożyć na osobnym spotkaniu, i od razu dzwoni, żeby je umówić. Przyszły czwartek, czternasta. Robert sprawdza kalendarz w telefonie i się zgadza.

Na koniec dziękuje nam obu. Słychać, że trochę mu ulżyło. Dwa tysiące euro jednak nie wrócą tylko dlatego, że ktoś go w końcu wysłuchał.

Co warto wiedzieć

  • Prawdziwa firma pożyczkowa nie każe płacić z góry za „sprawdzenie wniosku”, „ubezpieczenie” ani „opłatę aktywacyjną”. Jeśli ktoś tego żąda, to prawie na pewno oszustwo.
  • W Holandii firmy udzielające kredytów muszą mieć zezwolenie AFM (holenderskiego urzędu nadzoru finansowego). Sprawdź firmę w rejestrze AFM, zanim cokolwiek wyślesz.
  • Nie wysyłaj zdjęcia dowodu osobistego nieznanym firmom. Jeśli musisz, użyj aplikacji KopieID (bezpłatnej aplikacji rządu NL), która zasłania numer BSN i pozwala dopisać, do czego jest kopia.
  • Jeśli już zapłaciłeś, od razu zadzwoń do banku i zgłoś sprawę na policji. Im szybciej, tym większa szansa, że uda się coś zatrzymać.
  • Masz problem z długami? W Holandii pomoc jest bezpłatna. Gmina ma obowiązek pomóc w sprawach zadłużenia (schuldhulpverlening).

Na koniec
Najdroższy kredyt to ten, którego nigdy nie dostałeś.

Postacie i szczegóły są fikcyjne. Historie powstają na podstawie doświadczeń z pracy tłumacza.

[Potrzebujesz tłumacza przez telefon lub wideo, na przykład na policji albo w banku? Zarezerwuj termin.]