Medycyna

Dziennik tłumacza #13: Co zostaje w pokoju

Lekarz dzwoni po tłumacza polskiego. Dwudziestoośmioletnia kobieta przyszła sama i prosi o jedno: żeby nikt się nie dowiedział.

31 października 20265 min czytaniaAutor: Marcin Kowalski
Dziennik tłumacza #13: Co zostaje w pokoju

Wtorek rano, dziesięć po dziewiątej. Dzwoni telefon. Lekarz, spokojny i rzeczowy, mówi, że potrzebuje tłumacza polskiego dla pacjentki. Więcej nie dodaje. Podaję nazwisko i mówię, że jestem. Po drugiej stronie słyszę przesuwane krzesło i drzwi, które ktoś cicho zamyka.

Sama w pokoju, z telefonem

Lekarz zaczyna od stałej formułki. Przedstawia się, mówi, że na linii jest tłumacz i że wszystko, co padnie w tym pokoju, w tym pokoju zostanie. Tłumaczę zdanie po zdaniu. Cisza. Po chwili, która trwa za długo, odzywa się kobiecy głos. Cichy i zbyt opanowany.

„Proszę, żeby nikt się nie dowiedział.”

Lekarz pyta, czy przyszła sama. Mówi, że tak. Wyjaśnia, że klinika bez jej zgody nie przekazuje nic partnerowi, rodzinie ani ubezpieczycielowi. Słyszę, jak wypuszcza powietrze, krótko, jakby trzymała je od kilku dni.

Potem mówi coś, co nie jest do lekarza, tylko do mnie:

„A pan? Pan też nikomu nie powie?”

Informuję lekarza, że pacjentka o coś mnie pyta. „Proszę odpowiedzieć”, mówi. Odpowiadam jej po polsku, że tłumacza też obowiązuje tajemnica. Że zostawiam to w tym pokoju i niczego ze sobą nie zabieram. Nie odpowiada. Słyszę tylko chusteczkę.

Słowo

„Proszę pani”, mówi lekarz, „chcę najpierw sprawdzić z panią sam na sam, czy wie pani, co dziś się wydarzy. Jest pani tu w sprawie aborcji. Czy tak?”

Tłumaczę to słowo. W każdym języku brzmi ciężej niż na papierze. Na linii zapada cisza na jedno uderzenie serca. Potem oddech i głos, który nagle jest bardzo mały.

„Tak. Proszę to powiedzieć jeszcze raz. Spokojnie. Po polsku.”

Robię to. Mówię tak, jak jest, bez łagodzenia i bez zaostrzania. Taka jest moja praca.

Lekarz zadaje pytania, które zadaje każdej pacjentce, a ja tłumaczę je tak, jak padają. Czy to jej własna decyzja. Czy ktoś wywiera na nią presję. Czy chce o coś zapytać, zanim pójdą dalej. Pytania słuszne, a jednak niemal obraźliwe, tak są rzeczowe. Odpowiada bez wahania.

„Nikt mnie nie zmusza. To jestem ja.”

Tłumaczę dokładnie tak. Lekarz mówi, że może wziąć tyle czasu, ile potrzebuje, że obowiązkowy czas do namysłu już nie obowiązuje i że razem ustalą, czego jej trzeba. Śmieje się krótko, bez radości.

„Nie potrzebuję czasu. Potrzebowałam czasu przez trzy tygodnie.”

Lekarz nie odpowiada, tylko coś zapisuje. Słyszę długopis. Potem badanie usg. Słyszę wyłącznie jego, kilka krótkich zdań i liczbę. Tłumaczę liczbę. Ona nabiera powietrza.

Co się dzisiaj stanie

Potem lekarz wszystko wyjaśnia, małymi kawałkami, tak jak robi to nie pierwszy raz. Tłumaczę każde zdanie, a kobieta tylko co jakiś czas mówi „tak”.

Najpierw dostanie dwie tabletki. Zmiękczą szyjkę macicy, żeby lekarzowi łatwiej było potem pracować. Muszą działać co najmniej godzinę i mogą dać lekkie skurcze. Na to dostanie środki przeciwbólowe. Potem sam zabieg. Leży wtedy na fotelu ginekologicznym. Lekarz wprowadza cienką rurkę i odsysa ciążę. Trwa to mniej więcej dziesięć minut, a obok jest pielęgniarka. Co do bólu, może wybrać: miejscowe znieczulenie albo krótki sen. Po wszystkim jeszcze odpoczywa, a w klinice spędzi w sumie około czterech godzin. W kolejnych dniach może boleć brzuch i może być krwawienie, a gdy coś jej się nie spodoba, ma dzwonić do kliniki. Za kilka tygodni czeka ją kontrola telefoniczna.

W połowie zdania słyszę, jak coś brzęczy na biurku. Telefon, który wibruje. Jej głos, niski i napięty:

„To on. Nie odbiorę.”

Lekarz mówi łagodnie, że może odebrać, że poczekamy. Wibrowanie cichnie i zaczyna się od nowa. Wtedy słyszę, jak kobieta odchrząkuje i jak zmienia jej się głos. Jasny, lekki, prawie roześmiany.

„Cześć, kochanie. Tak, jestem w pracy. Wszystko dobrze. Oddzwonię wieczorem.” Nie tłumaczę. Ta rozmowa nie jest dla mnie. Słyszę, jak między jednym zdaniem a drugim krztusi się, i jak mówi dalej, jakby nic się nie działo. Potem trzask rozłączenia.

„Kurwa, jak ja go okłamuję.”

Tłumaczę, bo tłumaczę wszystko. Lekarz mówi cicho: „Proszę sobie dać czas.” Długo jest cisza. Czekam, tak jak należy.

Potem pyta o znieczulenie. Chce miejscowe. Po krótkim śnie nie wolno jej przez dobę prowadzić, a nie ma nikogo, kogo mogłaby poprosić. Lekarz to notuje.

Zanim zamkną się drzwi

Lekarz mówi, że pielęgniarka zaraz przyniesie tabletki. Słyszę drzwi, spokojny kobiecy głos, szklankę stawianą na stole. Potem lekarz mówi, że tłumacz się teraz rozłączy. Taka jest umowa: dotąd tłumaczę, a to, co będzie dalej, dzieje się beze mnie.

Kobieta pyta, tak cicho, że ledwo ją rozumiem:

„Pan już się rozłączy?”

Mówię, że muszę. Nie odpowiada. Potem, tuż zanim przerwę połączenie: „Dziękuję, że pan tu był.” Przekazuję lekarzowi i mówię jej, żeby się nie spieszyła. Potem odkładam słuchawkę.

Co zostaje

Nie wiem, jak potoczyła się reszta tego dnia. Tak jest w tej pracy: dostaję początek, nigdy końca.

W tym pokoju nie mam własnego zdania. Mam zadanie: przekazać każde słowo, także te, których nikt nie chce słyszeć. Nigdy nie widzę twarzy. Słyszę głos, który najpierw mówi do lekarza, potem do mnie, a potem, ze śmiechem, który nie jest jej, do kogoś, kto o niczym nie wie.

Tego dnia jestem kimś, kto wie i nigdy nie może powiedzieć. To nie jest ciężar. To jest ta praca. Ale myślę o niej i o pytaniu, które zadała trzy razy, na trzy sposoby: czy to zostaje tutaj?

Warto wiedzieć

  • Do kliniki aborcyjnej w Holandii można zgłosić się bezpośrednio, bez skierowania od lekarza rodzinnego. Od 1 stycznia 2023 roku nie obowiązuje już pięciodniowy czas do namysłu. Razem z lekarzem ustala się, czego pacjentka potrzebuje.
  • Lekarz zawsze rozmawia z pacjentką najpierw sam na sam, żeby sprawdzić, czy decyzja jest jej własna. Osoba towarzysząca może potem zwykle być przy rozmowie i badaniu, ale nie przy zabiegu.
  • Przed odsysaniem (zuigcurettage) pacjentka dostaje czasem najpierw dwie tabletki zmiękczające szyjkę macicy. Sam zabieg jest krótki, w znieczuleniu miejscowym albo po krótkim śnie. Po takim śnie przez 24 godziny nie wolno prowadzić samochodu ani jeździć na rowerze. O dokładny przebieg warto zapytać klinikę z góry.
  • Pracowników kliniki obowiązuje tajemnica zawodowa. Bez Twojej zgody partner, rodzina ani ubezpieczyciel nic się nie dowiedzą. Jeśli ktoś będzie dzwonić, warto uprzedzić o tym recepcję.
  • Gdy pacjentka nie mówi po niderlandzku ani po angielsku, lekarz dzwoni po tłumacza przez telefon. Tłumacza przysięgłego też obowiązuje tajemnica.
  • Kto mieszka lub pracuje w Holandii, nie płaci za zabieg. Przy pobycie tymczasowym koszty mogą spaść na pacjentkę, więc warto zapytać klinikę z góry.
  • Jeśli masz wątpliwości, pomoc przy nieplanowanej ciąży oferuje organizacja Fiom. Także w dniu zabiegu można jeszcze odłożyć decyzję albo ją wycofać.

Na koniec

Najcięższa rozmowa tego poranka była jedyną, której nie musiałem tłumaczyć.
polubień17