Medycyna

Dziennik tłumacza #3: Diagnoza, której nie było

Przez pół roku pani Halina żyła w przekonaniu, że ma raka. Bała się, że umrze sama w obcym kraju. Jedna rozmowa z lekarzem medycyny pracy, z tłumaczem na linii, pokazała, że takiej diagnozy nikt nigdy nie postawił.

11 października 20262 min czytaniaAutor: Marcin Kowalski
Dziennik tłumacza #3: Diagnoza, której nie było

Wtorek, dziesiąta rano. Kawa jeszcze gorąca, kiedy dzwoni telefon. Tym razem nie policja, tylko lekarz medycyny pracy, bedrijfsarts (lekarz, który ocenia, kiedy i jak pracownik może wrócić do pracy). Konsultacja telefoniczna, pacjentka mówi tylko po polsku.

Pani Halina ma sześćdziesiąt jeden lat. Od kilku lat sortuje warzywa w dużej firmie pod Venlo. Od pół roku jest na zwolnieniu. Słyszę ją od pierwszego zdania: cichy głos, bardzo uprzejmy i bardzo zmęczony.

Lekarz zaczyna spokojnie. Potwierdza dane, pyta o pracę i o to, co się wydarzyło. Pani Halina opowiada. Pewnego dnia przy taśmie zakręciło jej się w głowie. Koleżanka zauważyła to pierwsza, szef zawiózł ją do lekarza rodzinnego, a stamtąd od razu karetką do szpitala. Udar. Od tej pory trudno jej utrzymać równowagę.
„Chodzę, jakbym była pijana, a ja przecież nie piję.”

Tłumaczę. Lekarz notuje i pyta, co powiedziano jej w szpitalu. Pani Halina odpowiada po chwili:
„Że mam raka błędnika.”

Tłumaczę dokładnie te słowa. Po drugiej stronie słychać szelest kartek. Pani Halina mówi dalej, ciszej. Że jest tu sama. Że dzieci są w Polsce. Że od pół roku boi się, że umrze w obcym kraju i nikt nawet nie zauważy.

Lekarz przegląda dokumentację długo. Potem mówi powoli, żebym mógł przetłumaczyć każde słowo:
„W pani dokumentach nie ma żadnej wzmianki o nowotworze.”

Tłumaczę. Po polskiej stronie zapada cisza. Lekarz wyjaśnia, że w papierach widzi wysoki cukier, a to mogło przyczynić się do udaru. Radzi pójść do internisty, czyli lekarza od chorób wewnętrznych, i dobrze ustawić leki. O raku nic nie ma, ani słowa.

Nikt już nie ustali, gdzie powstało to nieporozumienie. Może ktoś w szpitalu użył trudnego słowa, a może ktoś bez tłumacza próbował wyjaśnić coś na migi. Faktem jest, że pani Halina przez pół roku żyła z wyrokiem, którego nikt nie wydał.

Na koniec lekarz układa plan powrotu do pracy. Najpierw trzy dni w tygodniu po cztery godziny, potem stopniowo więcej. Kolejna rozmowa za sześć tygodni. Pani Halina nie ma pytań. Dziękuje i mówi, że chyba pierwszy raz od dawna się wyśpi.

Rozłączam się. Kawa wystygła, ale to był dobry poranek.

Co warto wiedzieć

  • Masz prawo rozumieć, co mówi lekarz. Jeśli nie znasz dobrze niderlandzkiego, poproś o tłumacza, zarówno w szpitalu, jak i u lekarza rodzinnego (huisarts).
  • Nie polegaj na tłumaczeniu przez dzieci, kolegów czy aplikację, gdy chodzi o diagnozę. Jedno pomylone słowo może zmienić wszystko.
  • Możesz poprosić o kopię swojej dokumentacji medycznej. Masz do niej prawo.
  • Bedrijfsarts nie leczy, ale ocenia, co możesz robić i jak wrócić do pracy. Rozmowa z nim jest poufna, a pracodawca nie dostaje Twojej diagnozy.
  • Jeśli coś w diagnozie Cię niepokoi, zapytaj jeszcze raz albo umów drugą wizytę. Lepiej zapytać dwa razy niż żyć w strachu.

Na koniec
Czasem tłumacz nie przekazuje złej wiadomości, tylko pomaga odwołać taką, która nigdy nie powinna była paść.

Postacie i szczegóły są fikcyjne. Historie powstają na podstawie doświadczeń z pracy tłumacza.

[Potrzebujesz tłumacza przez telefon lub wideo, na przykład do rozmowy z lekarzem? Zarezerwuj termin.]