Dziennik tłumacza #3: Diagnoza, której nie było
Przez pół roku pani Halina żyła w przekonaniu, że ma raka. Bała się, że umrze sama w obcym kraju. Jedna rozmowa z lekarzem medycyny pracy, z tłumaczem na linii, pokazała, że takiej diagnozy nikt nigdy nie postawił.

Wtorek, dziesiąta rano. Kawa jeszcze gorąca, kiedy dzwoni telefon. Tym razem nie policja, tylko lekarz medycyny pracy, bedrijfsarts (lekarz, który ocenia, kiedy i jak pracownik może wrócić do pracy). Konsultacja telefoniczna, pacjentka mówi tylko po polsku.
Pani Halina ma sześćdziesiąt jeden lat. Od kilku lat sortuje warzywa w dużej firmie pod Venlo. Od pół roku jest na zwolnieniu. Słyszę ją od pierwszego zdania: cichy głos, bardzo uprzejmy i bardzo zmęczony.
Lekarz zaczyna spokojnie. Potwierdza dane, pyta o pracę i o to, co się wydarzyło. Pani Halina opowiada. Pewnego dnia przy taśmie zakręciło jej się w głowie. Koleżanka zauważyła to pierwsza, szef zawiózł ją do lekarza rodzinnego, a stamtąd od razu karetką do szpitala. Udar. Od tej pory trudno jej utrzymać równowagę.
„Chodzę, jakbym była pijana, a ja przecież nie piję.”
Tłumaczę. Lekarz notuje i pyta, co powiedziano jej w szpitalu. Pani Halina odpowiada po chwili:
„Że mam raka błędnika.”
Tłumaczę dokładnie te słowa. Po drugiej stronie słychać szelest kartek. Pani Halina mówi dalej, ciszej. Że jest tu sama. Że dzieci są w Polsce. Że od pół roku boi się, że umrze w obcym kraju i nikt nawet nie zauważy.
Lekarz przegląda dokumentację długo. Potem mówi powoli, żebym mógł przetłumaczyć każde słowo:
„W pani dokumentach nie ma żadnej wzmianki o nowotworze.”
Tłumaczę. Po polskiej stronie zapada cisza. Lekarz wyjaśnia, że w papierach widzi wysoki cukier, a to mogło przyczynić się do udaru. Radzi pójść do internisty, czyli lekarza od chorób wewnętrznych, i dobrze ustawić leki. O raku nic nie ma, ani słowa.
Nikt już nie ustali, gdzie powstało to nieporozumienie. Może ktoś w szpitalu użył trudnego słowa, a może ktoś bez tłumacza próbował wyjaśnić coś na migi. Faktem jest, że pani Halina przez pół roku żyła z wyrokiem, którego nikt nie wydał.
Na koniec lekarz układa plan powrotu do pracy. Najpierw trzy dni w tygodniu po cztery godziny, potem stopniowo więcej. Kolejna rozmowa za sześć tygodni. Pani Halina nie ma pytań. Dziękuje i mówi, że chyba pierwszy raz od dawna się wyśpi.
Rozłączam się. Kawa wystygła, ale to był dobry poranek.
Co warto wiedzieć
- Masz prawo rozumieć, co mówi lekarz. Jeśli nie znasz dobrze niderlandzkiego, poproś o tłumacza, zarówno w szpitalu, jak i u lekarza rodzinnego (huisarts).
- Nie polegaj na tłumaczeniu przez dzieci, kolegów czy aplikację, gdy chodzi o diagnozę. Jedno pomylone słowo może zmienić wszystko.
- Możesz poprosić o kopię swojej dokumentacji medycznej. Masz do niej prawo.
- Bedrijfsarts nie leczy, ale ocenia, co możesz robić i jak wrócić do pracy. Rozmowa z nim jest poufna, a pracodawca nie dostaje Twojej diagnozy.
- Jeśli coś w diagnozie Cię niepokoi, zapytaj jeszcze raz albo umów drugą wizytę. Lepiej zapytać dwa razy niż żyć w strachu.
Na koniec
Czasem tłumacz nie przekazuje złej wiadomości, tylko pomaga odwołać taką, która nigdy nie powinna była paść.
Postacie i szczegóły są fikcyjne. Historie powstają na podstawie doświadczeń z pracy tłumacza.
[Potrzebujesz tłumacza przez telefon lub wideo, na przykład do rozmowy z lekarzem? Zarezerwuj termin.]