Dziennik tłumacza #14: Radź sobie
Początek grudnia, a w słuchawce głównie wiatr. Sześćdziesięcioletnia Polka stoi z dwiema walizkami przed dworcem w Zwolle i mówi, że od dziś nie mieszka nigdzie. Kierowca zostawił ją tam z dwoma słowami.

Dzwoni telefon. Odbieram i najpierw słyszę wiatr. Dmucha prosto w mikrofon, dudni przez chwilę i cichnie. Potem głos z megafonu, pusty i daleki: pociąg o siódmej czterdzieści ma pięć minut opóźnienia. Tuż przy telefonie kobieta mówi po niderlandzku: „Halo? Słyszy mnie pan? Potrzebujemy tłumacza polskiego.”
Mówię, że jestem. „Świetnie. Włączam głośnik, kolega stoi obok.” Kawałek dalej męski głos narzeka, że zostawił rękawiczki w samochodzie. Potem dźwięk głuchnie, jakby ktoś przycisnął telefon do kurtki, żeby osłonić go od wiatru.
Głos, który nie chce zacząć
„Proszę pani, tłumacz już jest. Może pani mówić po polsku.” Przedstawiam się i mówię, że będę tłumaczyć wszystko, co padnie, w obie strony. Cisza. Obok przejeżdża walizka na małych kółkach. Hamuje pociąg, długo i przeraźliwie. Wreszcie, bardzo blisko, krótki oddech.
„Dzień dobry.”
Nic więcej. Policjantka zaczyna od tego, od czego zaczyna się zawsze. Jak się pani nazywa? Kiedy się pani urodziła? Ma pani przy sobie dokument tożsamości? Pani Danuta. Podaje rok urodzenia, ja nie liczę, ale policjantka tak: „Czyli ma pani sześćdziesiąt lat.” Dowód osobisty jest, gdzieś w torbie. Słyszę zamek błyskawiczny, papiery, pęk kluczy, które już niczego nie otwierają. „A gdzie pani mieszka?”
Cisza trwa tak długo, że sprawdzam, czy połączenie nie zerwało się. Potem:
„Nigdzie. Od dzisiaj nigdzie.”
Powtarzam to po niderlandzku, tym samym spokojnym tonem co ona. Słyszę, jak policjantka wypuszcza powietrze na zimnie.
Co się stało po południu
„Gdzie pani mieszkała jeszcze wczoraj?” W domu biura pracy (uitzendbureau), mówi pani Danuta, z pięcioma innymi kobietami. Po dwie w pokoju. „A dlaczego już pani tam nie mieszka?” „Skończyła mi się praca.” „Sama pani zrezygnowała czy biuro?”
Tłumaczę pytanie. Wjeżdża pociąg, piszczą hamulce, drzwi otwierają się z tym znanym syknięciem. Odpowiedź przychodzi dopiero, gdy znowu robi się cicho.
„To długa historia. Nie chcę o tym mówić.”
„Nie musi pani”, odpowiada policjantka. „Nie jest pani o nic podejrzana. Chcemy tylko wiedzieć, jak trafiła pani tutaj, na dworzec.”
To akurat opowiada. Rano przyjechał kierowca z biura. Kazał jej się spakować, miała godzinę. Zawiózł ją do Zwolle, postawił dwie walizki i torbę na chodniku przed dworcem i powiedział jedno zdanie. Pani Danuta powtarza mi je dokładnie tak, jak on to powiedział.
„Radź sobie.”
Mówię to po niderlandzku krótko i bez tonu, tak jak ona. Policjant pyta, o której to było. Około trzeciej. Stoi tu więc prawie pięć godzin. „Cały czas była pani na zewnątrz?” Przez jakiś czas w środku, mówi, w piekarni, dopóki jej nie zamknęli. Potem na ławce.
Pytania na mrozie
Teraz pytania idą szybko i słyszę, że policjanci się wymieniają: ona konkretnie, on ostrożniej. Ma pani przy sobie pieniądze? Trochę. Wystarczy na hotel? „Na jedną noc. Może na dwie. A potem co?” Ma pani kartę bankową? Tak. Telefon? Tak, ale bateria prawie pada. Jest w Holandii ktoś, do kogo może pani zadzwonić? Koleżanka z pracy, znajoma? Kobiety z domu, mówi, ale one jutro zaczynają o szóstej i same nie mają miejsca.
„A co pani właściwie robi w Holandii?” pyta policjant. To pierwsze pytanie, na które odpowiada od razu, jakby na nie czekała.
„Mąż umarł dwa lata temu. Mam emeryturę, ale sama nie starcza. Myślałam, że popracuję rok, może dwa, i wrócę.”
Tłumaczę w pierwszej osobie, jak zawsze. Tak się to robi. Tylko że dziś wieczorem mówię po niderlandzku „mój mąż umarł” o człowieku, którego nigdy nie znałem.
Dwa kraje
„Ma pani dzieci?” Tak, mówi. Córkę w Irlandii i syna w Niemczech. Oboje mają rodziny. Policjantka pyta, czy może teraz do nich zadzwonić, tutaj, przy nich, żeby ktoś wiedział, gdzie ona jest.
Wiatr znowu szarpie mikrofon. Gdzieś śmieje się grupa nastolatków i ten śmiech znika na schodach. Pani Danuta mówi, że po południu dzwoniła do syna. Powiedział, że teraz mu nie pasuje. Córka nie odbiera, wysłała jej wiadomość. Potem mówi coś, co muszę przekazać słowo w słowo, i przekazuję.
„Oni mają swoje życie. Nie będę im głowy zawracać.”
Policjantka przez chwilę milczy. Potem, ciszej niż wcześniej: „Proszę pani, jest początek grudnia. W nocy będzie mróz. Nie zostawimy tu pani.”
Numer
„Panie tłumaczu, proszę zostać na linii, musimy się chwilę naradzić.” Dźwięk robi się jeszcze bardziej głuchy. Słyszę strzępy drugiej rozmowy telefonicznej, policjant o coś pyta i kilka razy powtarza „ja, ja”. Czego dotyczy, nie rozumiem. Czekam.
Policjantka wraca. Mówi, że próbują załatwić, żeby pani Danuta przespała tę noc pod dachem, i że za pół godziny będą wiedzieć więcej. I ma jeszcze coś. „Jest fundacja, nazywa się Barka. Pracują tam ludzie, którzy mówią po polsku. Pomagają Polakom, którzy stracili pracę i mieszkanie. Doradzają, pomagają szukać innej pracy albo wrócić do Polski, jeśli ktoś sam tego chce.”
Tłumaczę. Przy słowie „Polska” słyszę, jak pani Danuta przełyka ślinę, a odpowiedź przychodzi szybciej niż wszystkie poprzednie.
„Nie chcę wracać na tarczy.”
Po niderlandzku nikt nie wraca na tarczy. Mówię więc policjantce, że ta pani nie chce wracać jako przegrana. Policjantka odpowiada, że telefon jeszcze niczego nie przesądza. „Dzwoni pani tylko po radę. Decyzja należy do pani.” Czyta numer powoli, a ja powtarzam każdą cyfrę po polsku, dwa razy. „Zapiszę go pani jeszcze na kartce”, mówi. „Na wypadek, gdyby telefon padł.” Słyszę długopis i kartkę wyrywaną z notesu.
Czego nie wiem
„Dziękujemy, panie tłumaczu. Zostaniemy z nią, aż będziemy coś wiedzieć.” Mówię to jeszcze po polsku, żeby pani Danuta wiedziała, że się rozłączam. „Dziękuję panu”, mówi tak cicho, że megafon prawie ją zagłusza. Odjeżdża pociąg. Kliknięcie i cisza.
Nie wiem, czy tej nocy znalazło się dla niej łóżko. Nie wiem, czy zadzwoniła pod ten numer ani czy córka jednak oddzwoniła. W domu cyka kaloryfer. Siedzę jeszcze chwilę z telefonem w ręku i z głosem kierowcy, którego nigdy nie słyszałem.
Warto wiedzieć
- Wynajmujesz pokój przez biuro pracy i kończy się Twoja umowa (uitzendovereenkomst)? Według układu zbiorowego agencji pracy tymczasowej ABU (uitzend-cao) masz wtedy cztery tygodnie na wyprowadzkę, za taki sam czynsz jak w czasie pracy. Przy chorobie lub innych szczególnych okolicznościach biuro powinno dać odpowiednio dłuższy termin. Sprawdź w swojej umowie najmu, co dotyczy Ciebie.
- Zachowaj umowę o pracę, umowę najmu i paski wypłat (loonstroken), także kiedy się wyprowadzasz. Bez papierów trudno potem czegokolwiek dochodzić.
- Jeśli nie masz gdzie spać, skontaktuj się z gminą (gemeente) albo z GGD w sprawie noclegowni i opieki dla bezdomnych (maatschappelijke opvang). Obywatel UE nie zawsze ma prawo do miejsca w zwykłej noclegowni. Zależy to między innymi od tego, jak długo pracował w Holandii.
- Przy silnym mrozie w wielu gminach obowiązuje regulacja zimowa (winterregeling). Osoby śpiące na zewnątrz są wtedy aktywnie zapraszane, żeby przenocować pod dachem.
- Fundacja Barka pomaga bezdomnym i znajdującym się w trudnej sytuacji obywatelom UE, często ludziom z Europy Środkowej i Wschodniej, którzy przyjechali do Holandii do pracy. Jej zespoły rozmawiają w języku tych ludzi i pomagają w szukaniu pracy albo, jeśli ktoś sam tego chce, w powrocie do kraju. Więcej informacji: https://barkanl.org
- Odkładaj co miesiąc choćby niewielką kwotę na czarną godzinę. Pieniądze na kilka tygodni czynszu i jedzenia dają Ci czas, żeby spokojnie poszukać nowej pracy i pokoju, zamiast decydować w pośpiechu na dworcu.
- Proś o pomoc wcześnie, nawet jeśli czujesz, że to porażka. Rozmowa to jeszcze nie decyzja.
Na koniec
Ma dwoje dzieci w dwóch krajach i jeden numer telefonu, który dostała dziś wieczorem od obcych ludzi.